„— Zdaje mi się. że zacznę...
— Zaraz. Usiądź! Przede wszystkim dokończ śniadania. Czasu masz dosyć, nie potrzebujesz się o nic troszczyć. Zakupię ci hurtownie płótno i farby, abyś miał ich zawsze pod dostatkiem. Ale przede wszystkim musisz doprowadzić do porządku swoje zęby. Chcę, żebyś był zupełnie zdrów. I, na miłość boską, pracuj powoli i starannie.
— Nie gadaj głupstw, Theo! Czy kiedykolwiek robiłem coś powoli i starannie
Kiedy wieczorem Theo wrócił do domu, zasiał Vincenta w najczarniejszej rozpaczy. Przez sześć lat, pracując w rozdzierających serce warunkach, uczynił mimo wszystko postępy, obecnie zaś, kiedy usunięto mu zapory sprzed nóg, ujrzał swą poniżającą nieudolność nie potrafił nic stworzyć.
Wybiła godzina dziesiąta, nim Theo zdołał go uspokoić. Gdy szli na kolację, wiara Vincenta częściowo wróciła. Theo był blady i zmęczony.
Następne tygodnie były dla obu torturą. Co wieczór powracając z galerii zastawał Theo Vincenta w jednym z jego burzliwych nastrojów. Mocny zamek u drzwi jego pokoju niewiele pomagał. Vincent siedział do brzasku na jego łóżku i bez przerwy gadał. A gdy Theo zasypiał, Vincent potrząsał go za ramię i budził.
— Przestań biegać po pokoju i siądź na chwilę — błagał Theo pewnej nocy. — I przestań wreszcie pić ten przeklęty absynt. Gauguin nie przez absynt został dobrym malarzem. A teraz posłuchaj, ty piekielny idioto! Musisz poczekać przynajmniej rok, nim zaczniesz patrzeć krytycznie na swoje prace. Co dobrego osiągniesz tą ciągłą gorączką Chudniesz tylko, stajesz się nerwowy. Wiesz przecie, że w tych warunkach nie możesz dać z siebie maksimum.“(8)
<<<< 9 - Jezioro Księżycowai on-got
| Zawsze się trochę >>>>
Wina |organza |spływy kajakowe